Na skwerku pojawił się nie do końca zdrowy na umyśle berserker. Miał on dziwne przyzwyczajenia. Gadał z meblami, budynkami oraz nierogacizną. Z rogacizną zresztą również. Kiedyś był paladynem ale od czasu jak otrzymał uderzenie w głowę od pewnego orka uzbrojonego w maczugę myśli jego nico skręciły, zawróciły oraz wykonały podwójne salto. Od tego czasu nadal posługuje się uczoną mową, tyle, że robi to w dość pocieszny sposób. Gdy wkroczył na skwer było nie było główny poszukał wzrokiem jakiegoś rozmówcy. Wzrok jego z lekka cielęcy nagle rozbłysł a w obitej głowie zakotłowały się myśli. Obiektem obserwacji okazała się ławeczka wkomponowana w miłe tło na które składały się dwa świerki oraz psia kupa. Podszedł do ławeczki i powiedział:
- Witaj czworonożna istoto. Widzę, że jesteś kimś kto tu władzę sprawuję. Z całej twej zielonej postaci bije autortyret...reryt...tyter. Chciałbym podzielić się z kimś co mi na duszy siedzi. Opowiem ci o mej niedoli. Więc było to tak, myśmy ich chcieli zakatrupić, oni nas chcieli też. Ruszyliśmy krzycząc i tocząc pianę, a oni... oni... ONI SIę PODDALI. I nie było w tym może i nic złego ale ja kiedyś nosiłem te same barwy co oni. Już nie chce.
Po tych słowach berserker zerwał z siebie wszystkie błękitne elementy stroju. I nawet mu nie przeszkadzało, ze został w samych gaciach i hełmie.
Stał i nie wierzył własnym oczom. Drzewa, krzewy, mchy i porosty - wszystko to było w tym miejscu. Ale i nie było. Bo jak drzewo może rosnąć koło drzewa i koło kolejnego drzewa w tej samej odległości? Wzdłuż jednej linii? Patrzył na schludne alejki, na ławki, fontanny i spacerowiczów. I nie wierzył, że potężne siły, które go stworzyły uginały się tutaj w przymilnych uśmiechach przed ciepłokrwistym ścierwem!
Krew w nim zawrzała, źrenice zwęziły się jak u węża przed skokiem, gotów był gryźć, zabijać, deptać i demolować... Jednak nie tędy droga. W swym gniewie był samotny, a samotność ściąga przy sobie zbyt wiele uważnych spojrzeń. Trzeba się wtopić w to środowisko, przejść jego plugawym zapachem, poznać panujące to nie-obyczaje by wreszcie, gdy przywitają go życzliwe uśmiechy - zetrzeć je z tych obrzydłych facjat, przywrócić tym ziemiom ich pradawny charakter.
Na skraju skweru, stały dwie postacie. Jedna oparta o mur, zaś druga spacerująca sobie w kółko, tuż obok. Ta, oparta o mur, odziana była w czarny płaszcz. Stała tak z założonymi rękoma, na których znajdowały się stalowe rękawice przypominające kształtem szpony i takowymi szponami wykończone. Podniosła ona lekko głowę, mówiąc:
- Przestaniesz tak łazić dookoła? Tylko mnie irytujesz.
Azareus "odbił się od ściany i spojrzał na Sidana.
- A co mam robić? - warknął solidnie okuty Sidan rycerz, ubrany w podobny płaszcz, który miał Azareus. - Ta cholera dalej gdzieś się pałęta,a mnie znudziły już te zaciekawione, różowiutkie mordki przechodniów.
Stanął przed Azareusem - Właściwie to moglibyśmy ją zostawić. - rzucił.
Elfka szła sobie spokojnym krokiem, w stronę pewnej dwójki. Nad wyraz uśmiechnięta, przechyliła głowę lekko na bok. Gdy już doszła, spytała niewinnym acz nieco szyderczym wzrokiem.
- Co tak stoicie chłopcy? Nie mówcie, że nadal na mnie czekacie?. Uśmiech nie schodził jej z ust.
- Czekam aby wpakować Ci bełt między oczy. Miałaś być "zaraz" a jesteś po niemal półgodziny. Ile mam czekać?
Azareus mówił nieco poirytowanym tonem, choć nieco zaspanym.
- mam mam. Specjalnie dla Azka.
Otworzyła jedne oko i spojrzała na Azareusa.
- Biedak jeszcze by obciął sobie głowę, gdyby nie dostał.
Wyciągnęła z kieszeni dwa pakunki i wręczyła obydwu panom.
Aza rzucił tylko groźnym wzrokiem w Saori. Zaaldował bełt do swoje kuszy, zamontowanej nieco przed nadgarstkiem.
- Powinniśmy już ruszać. mam dziwne wrażenie, że plan poskutkował szybciej, niż się tego spodziewałem.
- Juz? tak szybko? Ledwie ją otworzyli. taki ładny budynek.
Spojrzał na swoja kuszę. W oku pojawił się błysk i spytał.
- Jeżeli dojdzie do tego, o czym nam mówiłeś, to mam pacyfikować cel czy odrazu zabić?
- Właściwie to możnaby złapać delikwenta i pokazowo strzelić w tył głowy. Porządek z takim gwarantowany, chyba że jacyś alchemicy przy nim grzebali.
Zaśmiała się, dodając: I to w taki sposób, ze opluje nas na śmierć.
Zwróciła się do Azareusa
- To jak? biegniemy? Już nie mogę się doczekać!
- Tak, już wyruszamy. Ty z Kapitanem staniecie z lewej strony ambasady od strony ulicy. ja stanę naprzeciw was.W ten sposób napewno któremuś nie uda sie umknąć.
Odwrócil się już w stronę ambasady.
- A nie wykluczam, że nasza trójka może być wspierana również przez innych.
Zaczął biec w strone ambasady.
- mam dziwne przeczucia, że jednak się spóźniłem.
Również zaczęła biec za Azą. W pewnym momencie skręciła razem z Kapitanem w uliczkę. Zrównała sie z nim i szybko rzuciła:
- Słuchaj, nie powiedział nam ze kategorycznie nie możemy nikogo zabić. Możemy stwierdzić, ze paru idiotów postawiło nas w sytuacji koniecznej.
Zaśmiała się, po czym założyła swoja maskę exarquias.
-Cholerne spodnie, cholerna peleryna.-skarcił się w myślach po raz kolejny. Miał pecha jak zwykle, znów przegrał w kości tym razem jednak nie skończyło się na złocie - był zakład.
"No no długouchy, wyglądasz naprawdę ponętnie. Wezmą cię za swojego, a może po prostu wezmą" -Rechot Bjarniego jeszcze długo dzwonił w zamroczonej głowie pirata.
-Niedoczekanie twoje, siwiejąca pokrako.-zagadał do siebie łapiąc równowagę, gdy po raz kolejny mankiet przydługiego, zaopatrzonego w bufiaste rękawy, błękitnego płaszcza wplątał mu się w nogi. Szpiegowanie gildii nie było takie trudne, wystarczyło nie myśleć za wiele i słuchać rozkazów. No i do tego jadło się znacznie częściej i pożywniej, prawdziwy raj młodego rekruta. Jedyny problem w tym, że Kalam do najmłodszych nie zależał no i posłuch też mu średnio wychodził. Ale zakład to zakład, przegrana i konsekwencje, które trzeba było ponieść - bezwarunkowo.
W końcu nadszedł ten dzień, a właściwie noc gdy pojawiła się pierwsza okazja do działania. Rzekomo jacyś szubrawcy wtargnęli na teren posesji mieszczącej ambasadę.
"Okazja do wymierzania sprawiedliwości"-wycedził zaciskając zęby, jego przełożony Azareus, choć drow dałby sobie rękę uciąć, że chciał powiedzieć zgoła co innego, no ale są kanony zachowań w końcu.
Oto się stało biegł wraz z resztą po ulicach Riv, no i nadal w tym kretyńskim ubranku. Na mundur trzeba było zasłużyć, jak na wszystko zresztą jednak tradycyjna forma awansu była mozolna. -Kanony zachowań.-powtórzył w myślach, był w końcu piratem a nie wpół zniewieściałym szlachetką.
W końcu, łapiąc ciężko oddech, dopadł prowodyra grupy.
-Długo będziemy tak ganiać? Mielim wroga sponiewierać przecie?-zagadnął opierając rękę o ścianę kamienicy.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum